poniedziałek, 17 grudnia 2012

3. Pierwszy dzień szkoły

Obudził mnie dźwięk uderzenia w łóżko. Podniosłem lekko głową    mrucząc przy tym z niezadowolenia. Chris walnął przez przypadek w słupek od baldachimu, gdy się ubierał. Westchnąłem tylko ciężko i
z powrotem walnąłem głową w poduszkę. Christian zawsze musiał wstawać pół godziny szybciej niż wszyscy. Nikt nie wiedział po co,
ale tych jego nawyków nikt nie był w stanie pojąć. W łazience siedział dłużej od Lily i Rose razem wziętych (nie są one szczególnie ciężkimi przypadkami, ale połączenie ich pobytu w łazience razem daje już całkiem ładny wynik). Było to trochę sprzeczne, bo był jednocześnie strasznym bałaganiarzem a jednocześnie dbał o siebie bardziej niż jakikolwiek inny chłopak, którego znałem. Ale był naprawdę świetnym kumplem. W ogóle miałem fart co do chłopaków w pokoju. Słyszałem kilka historii jacy niektórzy potrafią być chamscy, irytujący albo „zabawni”. Zdecydowanie James należał do takich typków, także wiem co to znaczy chociaż nigdy nie mieszkałem z nim w jednym pomieszczeniu, ale wystarcza mi, że w domu mam obok niego sypialnię. Jednak dużo bardziej współczuję tym, którzy musieli go znosić przez te wszystkie lata w Hogwarcie.
Pół godziny później zadzwoniły trzy budziki. Zaczęły się jęki i stęki ubolewania nad porannym wstawaniem. Mimo to nie było źle. Chwilę
ponarzekaliśmy po czym podnieśliśmy się z łóżek i rozpoczęliśmy nasze poranne toalety i przebieranie się. Kiedy byliśmy w miarę ogarnięci i pozostało nam spakowanie się na lekcje, bo oczywiście dzień wcześniej nikomu się nie chciało, była 7:30. Lekcje zaczynały się dopiero o 9:00,
ale za pół godziny miało być śniadanie. Spakowałem podręczniki zgodnie z planem doskonale wiedząc, że prawdziwe lekcje zaczną się dopiero w przyszłym tygodniu, bo wszyscy muszę nam poprzypominać regulamin i jakieś inne tym podobne rzeczy. No i nikt nie będzie zawracał sobie głowy jeden dzień przed weekendem. Za dziesięć ósma wyszliśmy z dormitorium i zbiegliśmy po schodach do Wielkiej Sali. 
Dosiedliśmy się do kilku znajomych.  Savannah zeszła chwilę później rozmawiając o czymś z Rox i Lucy. Gdy doszły do nas nachyliła się nad stołem by pocałować na powitanie swojego chłopaka. Chris miał zapasową szczoteczkę i podarował ją Seanowi, więc skończyło się bez ostrzegania Savannah’y. Jak Christian powiedział „nie zrobił tego, bo jest dobrym kumplem i chciał mu pomóc tylko dlatego, że troszczył się o własne dobro, bo wie, że by tego nie zniósł mając łóżko obok niego,
więc nie ma dziękować”. Ale uśmiechnął się na koniec co oznaczało,
że mimo wszystko zrobił to też jednak troszkę dlatego, że był dobrym kumplem. Wszyscy zabrali się za nakładani sobie jedzenia. Włożyłem sobie jajecznicę i dwa plastry bekonu. Obok pomidor, a na koniec dwa tosty z dżemem, które popiłem herbatą. Kolejne dwa wziąłem na wynos i schowałem do torby w razie gdybym zgłodniał przed następnym posiłkiem co było dość prawdopodobne. Do Roxanne i Lily przyleciały sowy z nowym wydaniem Proroka Codziennego. Miały wykupione prenumeratę i dostawały wszystkie numery. Rox lubiła wiedzieć co się dzieje, a Lily nie chciała by ominęło ją coś ważnego, chociaż pewnie i tak od razu dowiedziałaby się od innych przy śniadaniu.
- Wow… - mruknęła Rox czytając nagłówek na pierwszej stronie. – Jakiś psychopata wystrzelał z Avady siedmiu mugoli w tym trójkę dzieci.
- Co? – Spytałem zdziwiony.
- Masz, sam przeczytaj – podała mi gazetę. – Ja przeczytam w przerwie między lekcjami albo na historii.
- Dzięki – odparłem i pogrążyłem się w lekturze.
 
Prorok Codzienny
Z ŚWIĘTEGO MUNGA UCIEKŁ PSYCHICZNIE CHORY MĘŻCZYZNA! ZABIŁ SIEDMIU MUGOLI!
[CZYTAJ DALEJ NA STR. 5]
    Z szpitala dla czarodziei i czarownic w Londynie uciekł obłąkany pacjent, którego zatrzymano po brutalnym zaatakowaniu kolegi w Hogwarcie w 2009 roku podczas jego VII roku nauki.
Dennis P. zmarł godzinę później na skutek ciężkich obrażeń oraz utraty sporej ilości krwi. Uzdrowiciele robili co w ich mocy, ale jak sami mówili przy tak dużych obrażeniach nawet magia nie wiele była w stanie zdziałać. „Chłopaka praktycznie można było nazwać martwym już godzinę przed jego śmiercią. Najprawdopodobniej o jego śmierci zadecydowało użycie zaklęcia Cruciatus. Szesnastolatek był na tyle wycieńczony, bezsilny i poraniony, że owe zaklęci zamiast zadać mu ból dodatkowo go dobiło i cóż… było niemalże dosłownie gwoździem do trumny” – skomentowała sytuację trzynaście lat temu Margaret Betsy, magomedyk prowadzący. Derek Edge (o którym mowa) był pod opieką psychologa, więc tuż przed procesem został zbadany przez psychiatrę Wizengamotu, który stwierdził u niego zaburzenia afektywne, manię.  Mania charakteryzuje się nadmierną aktywnością, pobudzeniem, napadami wściekłości a czasem nawet skłonnościami do agresji. Udało się ustalić, że ojciec młodego Dereka Edge’a bił go a także jego matkę. Dopiero gdy zaczęto prowadzić dochodzenie w sprawie nastolatka wyszło na jaw, że kilka tygodni wcześniej zamordował swojego ojca i na wszelki wypadek z obawy, że mimo zrozumienia ze strony matki wyda go ona aurorom, rzucił na nią klątwę Imperius. Z powodu problemów psychicznych nie został skazany na dożywocie do Azkabanu.
Umieszczono go w specjalnej sali w Świętym Mungu pod obserwacją specjalistów i z nakazem strzeżenia wstępu do owego pomieszczenia przez jednego z aurorów.
    Trzydziestolatek uciekł dziś w nocy z 01.09.22 na 02.09.2022 z swojej sali na piątym piętrze. Od razu po zorientowaniu się dyżurujący auror  wezwał pomoc i ogłosił alarm.
Przed szpitalem udało nam się zastać Szefa Biura Aurorów, pana Harry’ego Pottera. Spytaliśmy jakim cudem przestępcy po 13 latach nagle udało się uciec z dobrze zabezpieczonej i strzeżonej celi.
- Naszemu funkcjonariuszowi nie było wolno wchodzić do sali pacjenta jeśli nie działo się nic złego. Mógł to zrobić tylko i wyłącznie w nagłej sytuacji takiej jak napad na jednego z uzdrowicieli lub innych pracowników szpitala. Żaden z magomedyków nie zauważył, że Derek Edge przygotowuje i przechowuje w szafce w łazience eliksir wielosokowy. Przebrany za jedną z osób szpitalnego personelu bez problemu opuścił teren szpitala. Auror, który miał wtedy służbę nie zauważył nic nadzwyczajnego ani jego wyglądzie ani zachowaniu. Dopiero gdy pomocnica uzdrowiciela nie wychodziła z pokoju przez pół godziny
zaniepokojony tą sytuacją wszedł do środka. Na podłodze leżało ciało Edge’a, ale ofierze została podana zbyt mała dawka eliksiru przez co tuż po wezwaniu magomedyków  postać zaczęła przybierać swój prawdziwy kształt ciała Belindy G.
Potem dostałem zawiadomienie z Ministerstwa o ataku na mugoli w centralnej części Londynu. Nasi ludzie już zajęli się tą sprawą.
Na razie badamy miejsce zbrodni i szukamy tropów. Najprawdopodobniej zbieg użył teleportacji dlatego jest ścigany w całym kraju. Zostali też powiadomieni premier Wielkiej Brytanii,
a także przedstawiciele władzy czarodziejskiej w innych krajach Europy. Podejrzewamy udział osób trzecich w ucieczce Edge’a.
Niewykluczone, że pomagał mu jeden z pracowników szpitala, który dostarczał mu składników potrzebnych do sporządzenia eliksiru wielosokowego.
    Zabójstwo upozorowano na atak zwykłego mugola,
uzbrojonego w nóż i pistolet. Zmodyfikowano pamięć piętnaściorgu świadków, a także zmieniono zapis z miejscowych kamer,
które zarejestrowały wydarzenie. Przypominamy, że w tragedii zginęło troje dzieci oraz czworo dorosłych, łącznie siedmiu mugoli.
Prorok Codzienny będzie na bieżąco padał i relacjonował sprawę.
Koniecznie kup kolejne wydanie Proroka Codziennego!

 
Po skończeniu artykułu czułem się nieco wstrząśnięty. Tata nawet nie zdążył nas zawiadomić. Czułem się trochę dziwnie, że dowiadywałem się takich rzeczy z gazety tak jak pozostali uczniowie, ale rozumiałem to. W szkole nie można było używać urządzeń elektronicznych i tym podobnych, więc jedynym najszybszym połączeniem był kominek, ale tata na bank i tak nie miał teraz czasu z nami pogadać.
- Ojciec pewnie ma urwanie głowy w pracy i jak mniemam nawet nie dzwonił jeszcze do mamy.
- Kiepska sprawa… - przyznała Rox, przerywając rozmowę z Lucy na temat owego morderstwa. Nie trzeba było się zbytnio przysłuchiwać żeby wiedzieć, że wszyscy obecni mówili tylko o tym.
- Napisali tam coś więcej? – spytała Luc kiwając głową w stronę gazety.
- Jest wzmianka o jego przeszłości, ale zaraz spóźnimy się na lekcję.
Przeczytacie sobie same za godzinę.
- Racja. Wszyscy się zbierają a lekcje rozpoczynają się za niecałe dziesięć minut. Biorąc pod uwagę, że mamy zielarstwo może nam to nie wystarczyć na dotarcie do celu.
Obie zerwały się z miejsc i podbiegły do drzwi zarzucając sobie torby na ramiona by dogonić bliźniaków Scamanderów.
Sam też chwyciłem teczkę i pomaszerowałem samotnie w stronę klasy Eliksirów.  Już od wejścia do sali spojrzał na mnie nienawistnie. On mnie serio nie znosił! Zawsze miał swoich ulubieńców i zdecydowanie nie należałem do nich ja. Roxanne też wkurzał, bo powinna mieć W a miała PO tylko dlatego, że była  Weasley i z Gryffindoru. A on dobre stopnie stawiał każdemu tylko nie Gryfonom.
- Witam. Mam nadzieję, że wypoczęliście w wakacje, bo w tym roku zamierzam…
- Urządzić wam piekło na ziemi. – Dokończyłem za nauczyciela przedrzeźniając go.
- Czyżby pan Potter chciał nam coś powiedzieć? – Spytał tym swoim niby niewinnym tonem jednocześnie ciskając błyskawice z oczu.
Och co za ironia… Błyskawice! Taty blizna teraz zacznie mi o nim przypominać. Ugh…
- Nie panie profesorze – odparłem sucho nie mogąc zdobyć się na milszy ton. Honor mi nie pozwalał.
- A jednak wydaje mi się, że coś mówiłeś. Może powtórzysz tak żeby cała klasa słyszała?
Po sali przeszedł szmer chichotów Ślizgonów.  Zaczynało mnie to denerwować, ale trochę głupio by było dostać szlaban pierwszego dnia szkoły na pierwszej lekcji.
- Mówiłem tylko, że strasznie mi się podoba pana jakże modny w tym sezonie krawat w zielone groszki – rzuciłem z lekko wyczuwalną nutą sarkazmu.
- Cieszę się, że ci się podoba, ale nie wolno odzywać się na lekcji nie proszonym. Gryffindor minus 10 punktów.
I dobrze, pomyślałem.
- Zabawne. Pewnie nawet jeszcze nie ma wam z czego ubyć punktów co Gryfoni? – spytał z tym swoim ironicznym uśmieszkiem.
- Och, przykro mi, ale Rose już o to zadbała żeby było z czego odejmować – odciąłem się.
- No cóż... Chyba nie pozwolimy by praca panny Weasley poszła na marne.
Rose siedziała cicho. Nie sądzę żeby miała do mnie pretensje, że ją wciągnąłem. I tak jej nic nie zrobi dopóki nie zacznie pyskować i odzywać się nie proszona. A tego na pewno nie zrobi.
- W takim razie Potter szlaban. Przez miesiąc w soboty dwie godziny zmywania podłogi na korytarzach i mycie ki... toalet. Męskich rzecz jasna.
Jego uśmiech zszedł mu z twarzy i teraz nie ukrywał już, że jest zły.
- Panie profesorze jestem pewna, że Albus nie chciał pana urazić – wymamrotała Rose ze spuszczoną głową obawiając się kary.
Prawie spadłem z krzesła ze zdziwienia.
- Och… Widzę, że panna Weasley również chętnie poudziela się społecznie.
- Skoro tamte punkty zostały zdobyte przez nią to nie lepiej je odjąć? Po za tym ona nic nie zrobiła. A już na pewno nie coś co za co można dostać szlaban.
- Założysz się Potter? – Spytał ironicznie Scorpius. Rzuciłem mu wyzywające i rozeźlone spojrzenie po czym znów skierowałem się w stronę nauczyciela, który najwyraźniej tego akurat nie usłyszał.
- Za pyskowanie oboje szlaban! I nie chcę słyszeć żadnego sprzeciwu! A no i minus 10 punktów oczywiście.
Zależało mu żeby mi dokopać! Dobra faktycznie powiedziałem
coś… nie miłego, no ale Rose nie zrobiła nic! Nie spodziewałem się, że stanie w mojej obronie. Zawsze wykorzystywałem (jakoś to nieładnie brzmi jak się tak nazwie – no nie ukrywajmy – rzeczy po imieniu…) ją żeby się przed nim bronić, a ona tylko siedziała cicho i żadna krzywda jej się nie działa. No ale dzisiaj się odezwała i przeze mnie dostał jej się szlaban…
- Rose… - pociągnąłem ją za łokieć gdy wyszliśmy z sali. – Przepraszam. To moja wina. Jakbym siedział cicho tak jak ty żadne z nas nie miałoby teraz przerąbane.
- Daj spokój, Al. Mogło być dużo gorzej i dobrze o tym wiesz, bo nie raz dostawałeś od niego gorsze kary. – Uśmiechnęła się pocieszająco.
- Posprzątam wszystko za ciebie. Serio, obiecuję!
- Al., przecież ty się nie nadajesz do sprzątania. Na prawdę wszystko w porządku. W końcu sama się wkręciłam w to bagno. Nawet to, że powiedziałeś o tych punktach nie miało tu znaczenia. Gdybym stanęła w twojej obronie tak czy siak dostałabym szlaban. Nie gniewam się, ale mam nadzieję, że następnym razem nie będę musiała tego robić – pogroziła mi palcem i odeszła.
Wiedziała, że to jedna z najgorszych rzeczy o jakie może mnie prosić – żebym był grzeczny kiedy ten stary kapeć mnie obraża!
Jakby tego było mało to nie jest mój ostatni rok z nim… Rox to ma farta!

Bardzo przepraszam za wszystkie usterki związane z tekstem. -,-
Z jakiegos powodu tytuł artykułu nie chce mi się ustawić na środku, a jak wklejam
z worda to jest jakiś problem z czcionakami... Nie ogarniam tego. -,-
Ale rozdział jest i jako tako chyba da sie czytać, więc mam nadzieję, że dacie radę.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

2. Uczta

Rozdział miał się pojawić wczoraj, ale musiałam nadrobić pewne informacje,
a potem coś się w kompie zepsuło i tak wyszło, że nie miałam jak.
Dziś już wszystko w porządku (po za tym, że powinnam teraz czytać lekturę,
a prawie jej nie tknęłam - jest na jutro; zamiast tego kończę czytać inną książkę
i piszę nowy post xd). Nie będę się rozpisywać - chyba nawet nie ma nad czym,
więc od razu przejdźmy do rzeczy. ;)


Wielka Sala
tak w nawiązaniu do rozdziału
i jednocześnie świąt :)

Weszliśmy do Wielkiej Sali tradycyjnie zebrani w jednej kupce, która po przekroczeniu
progu w żółwim tempie zaczęła się rozchodzić do poszczególnych domów.
Ja wraz z resztą mojej rodzinki i kilkoma znajomymi udałem się w stronę stołu Gryffindoru.
Był zastawiony półmiskami z różnymi przysmakami. W tak rozmaitych potrawach każdy
mógł znaleźć coś dla siebie: pieczone kurczaki, kotlety schabowe, kiełbaski, ziemniaki
gotowane i pieczone, bekon, frytki, pudding, strudle, sosy i jak co roku nie wiedzieć czemu
miętówki. Od zeszłorocznej petycji, którą podpisało 99% uczniów Hogwartu
na stołach gościła również pizza - dodajmy, że w pięciu różnych smakach, które wybrano
w ankiecie. Wszyscy pożądliwie wpatrywali się w tace, ale nikt jeszcze sobie nie nakładał.
Jak co roku trzeba było zaczekać, aż McGonagall przyprowadzi pierwszorocznych
odbędzie się ceremonia przydziału, potem jeszcze przemowa, no i na samym początku,
jeszcze przed przydziałem nowa pieść wymyślona przez Tiarę Przydziału. Zastanawiam się
czy zaśpiewała kiedyś dwa razy tą samą piosenkę. Powtarza je co jakiś czas czy może
naprawdę jest na tyle kreatywna by co roku przez tyle lat układać nowy kawałek?
Po chwili do sali weszli nowi uczniowie Hogwartu z dyrektor na czele.
Doprowadziła ich niemalże pod sam stół nauczycielski. Głowy latały im na prawo i lewo,
w górę i w dół. Część zachwycała się sufitem, a część tych bardziej głodnych prawie że
oblizywała się na widok jedzenia. Nie skupiając się zbytnio na słowach wysłuchałem
śpiewu Tiary. Był to stały element uroczystości i byłem chyba jedną z niewielu osób,
które po prostu nudził. Słowa były inne, ale zawsze opowiadały te samą historię.
Maluchy rzecz jasna były zachwycone! Profesor McGonagall wyjaśniła krótko co
nowicjusze powinni zrobić, gdy wyczyta ich nazwisko i rozwinęła pergamin z listą.
Zauważyłem, że była krótsza niż w zeszłym roku. Według danych z proroka
mamy niski przyrost naturalny wśród czarodziejów Wielkiej Brytanii. James, gdy to przeczytał
powiedział, że na pewno Ted i Victorie zadbają o to by się zwiększył. Dostał za to niezły
ochrzan.Strasznie miło się patrzyło jak dostaje opieprz od niższej od niego o głowę blondynki.
Vicky nie była niska, ale James i Ted byli najwyżsi w rodzinie. Jeżeliby uznać Teda za członka
rodziny. Właściwie wszyscy i tak go tak traktują, a do tego oświadczył się Victoire na początku
maja tego roku, w jej urodziny. Jak Rox słusznie zauważyła ułatwił sobie życie, bo zamiast
pamiętać o dwóch datach jakże ważnych dla ich związku wydarzeń pamiętał o jednej.
Początkowo Vicky trochę się nachmurzyła, bo pomyślała, że Roxie ma rację i serio
chodziło tylko o to, ale jako, że nie potrafi się na Teda długo gniewa (i chyba tylko na niego...)
szybko jej przeszło i zaczęła paplać o tym, że to jej najlepsze urodziny w życiu.
Po dziesięciu minutach uszy więdły! Na szczęście potem wybrali się na "romantyczny
spacer we dwoje, którego tacy kretyni jak my - inni faceci - nie zrozumiemy".
  Dyrektor dochodziła już do litery M.
- Macmillan, Justin!
Z tego co było mi wiadomo pan Ernie Macmillan miał trójkę dzieci i Justin był najmłodszy.
Miał jeszcze dwie starsze siostry: jedną na VI roku w Hufflepuffie i jedną na IV w Ravenclaw.
Żoną pana Macmillana była pani Susan. Co ciekawe najlepszy przyjaciel młodego Macmillana miał na imię
Ernie i był synem Justina Finch-Fletchey'a. Lily uważała, że to urocze, że nazwali tak swoich
synów i że w szkole znów jest dwóch najlepszych przyjaciół, w tym samym domu i o tych samych
imionach. Jakaś mała dziewczynka wyglądająca na córkę pani Padmy została przydzielona
do Gryffindoru. Miała na nazwisko Warren i o ile mnie pamięć nie myli jej ojciec był mugolem.
Mama wspominała mi kiedyś, że jej mama była dawniej związana z jakimś czarodziejem,
ale się rozwiedli i dopiero potem wyszła za Warrena. Jej ciocia miała syna,
ale jest dużo starszy od małej Parvati. Wydaje mi się, że był jednym rocznikiem z Jamesem.
Profesor Minerva kończąc z małolatami stanęła wyższym stopniu żeby było ją lepiej widać
i wzmocniła swój głos za pomocą różdżki.
- Jak wszyscy wiecie profesor Clarke w zeszłym roku postanowił przejść na wcześniejszą
emeryturę w związku z pogarszającym się stanem zdrowia. W tym roku przybyło
nam dwóch nowych nauczycieli - dodała McGonagall kładąc szczególny nacisk na liczebnik,
co zaowocowało szmerem rozmów między uczniami. - Prosiłabym abyście przyjęli ich ciepło.
Zacznę od pani Boyle, nowej nauczycielki transmutacji!
Młoda kobieta podniosła się z krzesła i lekko dygnęła. Wyglądała na coś przed
trzydziestką. Zgadzałoby się to z plotkami na temat profesora OPCMu.
Najwidoczniej krążyły pogłoski o obu wykładowcach, ale jakimś cudem splotły się w jedną
dotyczącą tylko jednego z nich.
- Nie jestem już w stanie dłużej łączyć obu funkcji. Teraz będę tylko i wyłącznie dyrektorem
Hogwartu. Mam nadzieję, że ta zmiana wprowadzi wiele dobrego w naszej szkole.
Teraz przyszedł czas na Obronę Przed Czarną Magią. - Na zakończenie odchrząknęła
znacząco. Panna Boyle zachichotała pod nosem i szepnęła coś o tym, że zaraz się pojawi.
- Ach ten Josh - dyrektor pokręciła głową z dezaprobatą zapominając, że wciąż ma
przystawioną do ust różdżkę. Po sali poniosła się fala chichotów. Profesor Minerwa
uśmiechnęła się tylko. Po chwili razem z resztą uczniów mogłem już przyjrzeć się
wbiegającemu do sali przez boczne drzwi koło stołu nauczycielskiego jakiegoś
czarnowłosego mężczyznę. Bynajmniej nie wydawał się być zakłopotany, ale skłonił się nisko
ku swej przełożonej i wymamrotał szybkie przeprosiny. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi,
ale nagle ponad połowa dziewczyn zaczęła wzdychać rozpływając się nad owym widokiem.
Zastanawiałem się czy poruszyło je tak to zachowanie czy może najzwyczajniej w świecie
facet był tak cholernie przystojny tylko ja jako chłopak nie potrafiłem tego dostrzec.
Chyba jednak chodziło im o to drugie, bo udało mi się zauważyć kilka niezadowolonych
min kolegów. Lucy wyrażała swoje zachwalające opinie na temat nauczyciela bez żadnego
skrępowania ani szeptów. Jakby tego było mała niemalże leżała na ławce zapatrzona
w niego jak w obrazek. Samo to jak dla mnie wydawało się dość zabawne,
ale chyba jeszcze zabawniejszy był widok tych wszystkich dziewczyn przy stole,
które potakiwały na wszystko co powiedziała Luc. Tylko Roxanne uśmiechnęła się delikatnie
i patrzyła na niego w miarę normalnym wzrokiem.
- Co on, kurde, dolał im wszystkim amortencji do soku, czy jak? - odezwał się Sean
patrząc na dwie najbliżej niego siedzące koleżanki.
- Bo jak facet ma coś w sobie i w odróżnieniu od NIEKTÓRYCH umie się zachować
to od razu musiał dolewać dziewczynie amortencji do soku? - Prychnęła jedna z nich.
- Przejdzie im. Za Jamesem też latało pół szkoły zanim się stąd wyniósł. Teraz pewnie robi
z kolegami z treningów furorę w Londynie, zanim wyjadą na te treningi - uśmiechnęła się
pokrzepiająco Terry - czarnowłosa siódmoklasistka, na której mało kto robił wrażenie.
Nie była typem zwykłej nastolatki. Lubiła jeździć na motorach, zawsze miała pełno blizn
i siniaków, które nikt nie wiedział skąd się brały, bo dziewczyna nie grała nawet
w Quidditcha. A szkoda, bo z tego co przed dwu laty mówił jej brat zanim wyszedł
z Hogwartu, wynikało, że była naprawdę świetną zawodniczką.
- Łatwo ci mówić, bo to nie twoja dziewczyna...
- Albo chłopak - wtrąciła rozbawiona Terry.
- ...właśnie, gapi się z maślanymi oczami na jakiegoś nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią - poskarżył się Sean.
- Nie przejmuj się. On wcale nie jest znowu tak bardzo przystojny - jestem dziewczyną to
chyba wiem - tylko po prostu ma urok i wygląd słodkiego buntownika, który najwyraźniej
ma jakieś problemy, ale być może ukrywa je nawet przed samym sobą. Widać to po jego
smutnym spojrzeniu. Dziewczyny pewnie nawet nie wiedzą, że to dlatego. Działa tu ich instynkt
opiekuńczy. - Terry wzruszyła ramionami, a Sean wytrzeszczył oczy z podziwu.
- Powinnaś zostać psychologiem... - wymamrotał jakby przemawiał do ósmego cudu świata.
Savannah szybko ocknęła się odwróciła uwagę od plotkujących koleżanek.
Spojrzała groźnie na swojego chłopaka po czym przytuliła się mocno do niego
bacznie przyglądając się potencjalnej rywalce. Mulat trochę zaskoczony objął ją ramieniem,
ale mimo to wydawał się usatysfakcjonowany, że ostatecznie jego dziewczyna wybrała
go zamiast pogaduszek z przyjaciółkami na temat listy najprzystojniejszych nauczycieli,
a także uczniów Hogwartu. Dyskusji zdecydowanie przewodziła Lucy. Rox z Rose przysłuchiwały
się tylko od czasu do czasu wyrażając swoje opinie. Najwyraźniej w nawale rozmów
nikt nie słyszał reszty przemowy pani dyrektor. Jednak radosne "Smacznego!" usłyszeli już wszyscy.
Czułem, że mogę zjeść hipogryfa z kopytami. Szybko zapełniłem swój talerz wszystkim
po trochu podczas, gdy inni nieco bardziej wybredni rozmyślali nad tym czego spróbować
najpierw, czego potem, a czego wcale. Lily musiała być bardzo głodna, bo jej porcja
była prawie ta duża jak moja. Hugo za to jadł chyba jeszcze mniej od Victoire,
które miała w zwyczaju zjadać jednego ziemniaczka przez dwie godziny.
Po zjedzeniu kolacji wszyscy udali się do swoich Pokoi Wspólnych. W dormitorium
leżały już nasze rzeczy i koperty z planami lekcji na najbliższe półrocze.
Dormitorium dzieliłem razem z Seanem McLadem, Christopherem (Chrisem) Jacksonem
i Willem Ferrelem. Wszyscy po za Williamem zaczęliśmy wznosić oczy ku niebu
i płaczliwie błagać o litość. Nasz współlokator z przerażeniem dopadł swojej koperty
i od razu zrozumiał co się stało. Biedak padł na łóżko zrozpaczony zakrywając twarz
dłońmi wciąż trzymając kartkę.
- Za co?! - jęknął. Jeżeli w całej szkole miałbym wymienić jedną osobę, która nienawidzi
eliksirów bardziej ode mnie wymienił bym właśnie Willa. Jutro czekały nas trzy godziny
pod rząd z panem Tarvelsem i na domiar złego łączone z Ślizgonami!
Wyszedłem trochę się przewietrzyć zanim nastanie godzina policyjna. Dzisiaj mieliśmy
trochę więcej luzu, bo większość nauczycieli była zajęta przygotowaniami do roku szkolnego.
Na dworze było przyjemnie chłodno, ale nie na tyle żeby nie wyjść na krótkim rękawku.
No przynajmniej jak dla mnie, bo jakaś postać stojąca nad brzegiem jeziora miała
na sobie długi sweter i chustę na szyi. Podszedłem bliżej się przywitać.
Dziewczyna najwyraźniej nie podziewała się tu spotkać nikogo o tej porze,
bo moje "hej" wystraszyło ją na tyle, że prawie wpadłaby do wody gdybym nie przytrzymał
jej za ramię.
- Matko, ale mnie przestraszyłeś - powiedziała oglądając się na taflę wody, w której prawie
by upadła. Na wszelki wypadek odsunęła się parę kroków dalej.
- Przepraszam, nie chciałem. - Wymamrotałem zakłopotany.
- Och, w porządku. Nic się nie stało.
Ann faktycznie wydawała się nie być zła. Była zupełnym przeciwieństwem Gryfonek.
Każda moja kuzynka zrobiłaby mi za to taką awanturę, że bym do końca życia pamiętał
ten moment.
- Co robisz o tej porze na błoniach?
- Cóż, równie dobrze mógłbym o to samo spytać ciebie. Ale jeśli już musisz wiedzieć
to wyszedłem się trochę przewietrzyć zanim się położę. Mój żołądek nie był przygotowany
na taką porcję jedzenia.
Anne uśmiechnęła się rozbawiona.
- A ja po prostu lubię spacerować wieczorem po błoniach, ale jako, że to pierwszy dzień
jedyna opcja jaka mi pozostała to godzina 11:00 kiedy jest po kolacji i wstępnym rozpakowywaniu.
- Tak, rzeczy chłopaków walają się już po całym pokoju. Ja właściwie nawet nie tknąłem jeszcze
kufra. Za to Sean wyrzucił wszystko co miał na podłogę i sąsiednie łóżka, bo nie mógł
znaleźć szczoteczki. Ostatecznie chyba wyszło na to, że jej zapomniał. Mama pewnie przyśle
mu ją dopiero w przyszłym tygodniu, bo wątpię, że do tego czasu załatwi sobie nową.
- Ugh... Biedna Terry... - skrzywiła się Longbottom.
- Taa... Chyba ją ostrzegę z samego rana zanim zdąży mu się rzucić na szyję na powitanie.
- Myślę, że sama poczuje.
- A co dopiero po tygodniu!
- Dobra, Al! Zmieńmy temat! Jakim cudem nie jest ci zimno. Ja mam sweter a dygoczę jak
na kilkustopniowym mrozie.
- Normalnie. To ty jesteś takim zmarźlakiem. - Roześmiałem się na głos. Musiała mieć to po tacie.
Uczniowie czasami żartowali z profesora Longbottoma i jego nauszników i grubych wełnianych
czapek, które wciąż otrzymywał od babci. Jak na kobietę w jej wieku trzeba przyznać trzymała
się całkiem nieźle!
- Nieważne - wytknęła mi język. - Chodźmy już, bo zaraz tu zamarznę.
- Dobrze, że nie wpadłaś do wody, bo wtedy już w ogólne byłoby ci zimno. Przykro mi.
Nie pomyślałem o tym kiedy wychodziłem, że jakaś samotna dama będzie marznąć w ciepły
letni wieczór na dworze - odgryzłem się za język.
- Letni wieczór? Chyba coś ci się pomyliło, chłopcze. Mamy pierwszy września. Zaczęła się szkoła.
Oba te powody są dobre aby unicestwić twoją teorię.
Razem z Puchonką powędrowałem w stronę drzwi wejściowych. Rozstaliśmy się na schodach
życząc sobie dobrej nocy i słodkich snów. W Pokoju Wspólnym nie było już nikogo,
a ogień w kominku powoli przygasał. W dormitorium jedynie Chris jeszcze nie spał.
Przewracał się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Miał tak za każdym razem, co roku
pierwszego dnia szkoły i pierwszego dnia w domu. Ale potem spał już jak zabity.
Tylko niestety budził pozostałych gdy wstawał wcześniej rano.
Ostatnią rzeczą jaką zdążyłem pomyśleć przed zaśnięciem było, żeby następnym razem brać
ze sobą płaszcz albo chociaż jakąś bluzę.


Ugh... Skończone xd Nie sądzę żeby wyszło to jakoś szczególnie dobrze,
ale na razie przynajmniej mniej więcej mieszczę się w terminie żeby dodawać notkę
około co tydzień. Zamiast Anne na początku miała być to Emily (nieśmiała dziewczyna od testrali),
ale doszłam do wniosku, że Al by jej nie zauważył. xd
Przepraszam za to zamieszanie z nowym nauczycielem, ale po prostu "zagra" go jeden
z moich ulubionych aktorów (widziałam z nim jeden film i na początku nei wiedziałam
nawet, że to on, ale przymknijmy na to oko) i nie mogłam przepuścić go do stołu
nauczycielskiego tak bez echa. :D
Mam nadzieję, że w miarę się podobało. Miłego czekania na dalszy ciąg.




sobota, 1 grudnia 2012

1. W stronę Hogwartu

Ku edukacji!
- Taki pomysł na nazwę rozdziału też mi przyszedł do głowy, ale nie wiem czy jest lepszy. :D
Obiecałam dodać rozdział, jak dostanę szablon, ale nie sądziłam, że nastąpi to
jeszcze tego samego dnia.
Myślę, że rozdział wyszedł mi całkiem długi. czy ciekawy to nie wiem. Nie dzieje się
w nim zbyt dużo, ale to dopiero początek. początki zawsze są nudne. ;)
Mam nadzieję, że w dalszej części historii się to zmieni. Rzadko miewam pomysły
na fabułę. Teraz też go nie mam i jak to ja mówię "idę na żywioł".
Ale mam pomysł skąd pomysł na fabułę wziąć! Czyli inaczej jak fabułę zdobyć!
Ale nie powiem wam, bo bym to troszkę zepsuła. Jedno osoba co prawda go zna,
bo wtedy jeszcze nie myślałam, że faktycznie go wykorzystam (teraz w prawdzie też
nie jestem pewna) no i ten pomysł trochę się... tak jakby zmodyfikował.
Chciałam coś... A! Chciałam powiedzieć, że kiedyś roczniki potomków Weasley'ów
w internecie prezentowały się inaczej i bardziej mi odpowiadały niż te,
które są teraz (nie wiem jak data urodzenia może się zmienić, no ale najwidoczniej ktoś
podał fałszywe informacje) dlatego te daty, które są 100%-towo pewne zostawiłam,
a resztę dopasowałam do siebie. Uznałam, że tak na wszelki wypadek wolę to wyjaśnić,
bo być może ktoś tak samo bardzo jak ja nie lubi, gdy nazbyt zmienia się fabułę oryginału
(np. Ron zdradza Hermionę, George ma jeszcze jedno dziecko - nie ze związku z Angeliną,
z którą jest rozwiedziony i tego typu rzeczy).
A no i jeszcze jedno o czym już tak jakby wspomniałam (ukryte między wierszami ^^),
jeśli byli byście tak mili i zechcieli mi podać np. w komentarzach jakieś wasze ulubione piosenki.
Obojętnie jakie byle tekst był z sensem. :)
No to chyba wszystko.
Chciałam serdecznie podziękować Alatum za wykonanie tak wspaniałego szablonu!
jeszcze raz bardzo dziękuję!
PS. Szablon nie wiem czy dobrze ustawiłam także za wszelkie usterki przepraszam.
Jeśli coś będzie nie tak postaram się to naprawić.
PS2. Nad kartą postaci pracuję. Na razie macie Albusa na zdjęciu w szablonie.




Ruszyłem biegiem w stronę pociągu. Tradycyjnie mało co się nie spóźniłem,
choć na peronie byłem pół godziny przed czasem. Jak co roku tuż przed odjazdem mama
miała mi bardzo dużo do powiedzenia, a w momencie, gdy lokomotywa zaczynała odjeżdżać
musiała mi jeszcze dać kilka całusów na pożegnanie! W sumie i tak nie byłem w złej sytuacji.
Lily praktycznie trzeba było porwać. I to dosłownie. Chwyciłem ją za jedną rękę, a James
za drugą i unieśliśmy ją do góry dosłownie wyrywając ją z uścisku mamy.
Tata z wujkiem Ronem już ładowali nasze walizki do środka. Gdy udało nam się przemycić
Lily do przedziału, gdzie była po za zasięgiem uścisku mamy a jedynie w zasięgu jej wzroku, musieliśmy jeszcze uratować Hugo i Rose. Tam poszło trochę łatwiej. Na ogół mama i ciocia
Hermiona nie przeżywały tego aż tak bardzo, ale w zeszłym roku jakiś Ślizgon przyczepił się
do dwójki najmłodszych z rodziny Weasley’ów i Potterów, co sprawiło, że obie stały się zdecydowanie zbyt nadopiekuńcze. Oczywiście mnie i James’owi dostał się ochrzan,
że ich nie upilnowaliśmy. Rose oberwało się nieco mniej, bo była dziewczyną no i przecież ona przy całym tym nawale nauki mogła faktycznie nie zauważyć, że z jej bratem dzieje się coś złego. Skąd miałem wiedzieć, że ktoś ich prześladuje? Nie będę łaził za Lily krok w krok,
a sama nie chciała kablować i uznała, że poradzą sobie z Hugo sami. Hugo nie był do końca
tego samego zdania i zwrócił się z prośbą o pomoc do James’a, który uchodził za takiego co to sobie radzi w takich sprawach. A ten kretyn zamiast faktycznie im pomóc poradził Hugonowi żeby nie dał sobą pomiatać i żeby był mężczyzną, więc młody raz nie wytrzymał i rzucił się na tego przygłupa. Nie dość, że cała wina za bójkę spadła na niego to jeszcze do końca roku prawie wszyscy Ślizgoni się z niego naśmiewali, bo oczywiście przegrał.
Nawet mi go szkoda, bo w ogóle sobie na to nie zasłużył. Miał pecha, że nie był zbyt mocnej budowy, a w szkole też nie radził sobie najlepiej.  Nawet postanowiłem mu jakoś pomóc 
w tym roku. Ale tym zajmę się jak już dojedziemy na miejsce.
            Usiadłem w przedziale obok Lily, a naprzeciwko nas Rose z Hugo. Pomachaliśmy
rodzicom na pożegnanie. James jak zwykle się wydurniał.  W tym roku skończył Hogwart.
Nie do końca miał pomysł na siebie, ale nie bardzo się tym przejmował. Albo po prostu tak dobrze udawał. No ale coś robić musiał. Postanowił spróbować Quidditcha.
W październiku miał wyjechać do Szkocji razem z jakąś drużyną na treningi.
- Chcecie w coś zagrać? – Spytała Lily. – Dziadek nauczył mnie grać w taką mugolską grę
z kartami. Mogę was nauczyć.
- Wolałbym szachy. Chyba mam nawet w torbie. – Uśmiechnąłem się i zacząłem szukać.
Często nosiłem ze sobą taką „wersję mini” i graliśmy z Rose na przerwach, kiedy się nie uczyła. Ale to się zdarzało rzadko, więc najczęściej towarzyszyli mi koledzy z klasy.
- Ale to jest tylko dla dwóch osób, a nas tu siedzi czwórka – przypomniała mała.
- Racja – przytaknęła Rose. – W takim razie może ty zagrasz z Hugo, a ja z Albusem, a potem
się zamienimy?
- Może być – zgodził się beznamiętnie Hugo.
            Po godzinie jazdy kiedy zdążyliśmy już zagrać w obie gry i w różnych parach mieliśmy już dosyć i kart i szachów. Widać zabawki nie cieszyły nas długo i musieliśmy szybko załatwić coś nowego. Mama zawsze mówiła, że to dziwne, ale wcale nie James trzymał swoje zabawki
najkrócej tylko ja. Ponoć jak byłem mały psułem je pierwszy i pierwszy odstawiałem w kąt,
ale i tak nigdy nie chciałem ich oddać ani wyrzucić. Chyba byłem trochę rozpieszczonym dzieckiem. Faktycznie to potwornie dziwne, że nie był to James. Pasowałoby mu to do charakteru. W pociągu najczęściej z nudy ratowała nas książka, albo coś się zaczynało dziać.
No i zdarzało się, że Roxanne z Lucy wpadały trochę posiedzieć. One właściwie całą drogę
łaziły po wagonach od znajomych do znajomych i wszędzie załapywały się na darmowe żarcie. Kiedyś Lucy powiedziała dla żartu, że robią to specjalnie, i że właśnie dlatego nigdy nie biorą nic ze sobą na drogę. Gorzej gdy Luc [czyt. lus] przechodzi kolejny zawód miłosny. Wtedy siedzą same jednym przedziale. Rox przytula Lucy i warczy na każdego, kto spróbuje wejść i zapytać
czy miejsca obok są wolne. One są tak jakby trochę szalone…
            - Dzień dobry skarbeczki! Chcecie może coś kupić?
- Cztery czekoladowe żaby, fasolki wszystkich smaków i może jeszcze sok dyniowy – uśmiechnął się lekko wyciągając pieniądze z portfela i podając je sprzedawczyni.
- Proszę bardzo. To wszystko? Czy reszta też coś sobie życzy? – spytała siwowłosa kobieta
uśmiechając się przy tym tak szeroko, że nie sposób było nie odnieść wrażenia,
że bardzo lubi siedzącą tu czwórkę. Rose tylko podniosła głowę znad książki, uniosła lekko
kąciki ust ku górze i pokiwała głową „na nie”. Lily leżała teraz oparta o nią i próbowała zasnąć. Hugo zaś przesiadł się do mnie i najwyraźniej czymś się martwił, ale domyśliłem się,
że nie chce o tym gadać przy dziewczynach. Podałem Weasley’om żaby, a czekoladę Lily
schowałem do jej plecaka, bo nie miała teraz ochoty. Miałem Dumbledore’a,
Hugo Merlina, a Rose trafiła na kartę z Nicolasem Flamelem. Dochodziła szesnasta co oznaczało, że za jakieś trzy godziny powinniśmy dojechać na miejsce. Ostatecznie znów
wyciągnąłem szachy i zacząłem grać z Hugo. Był naprawdę dobry. Niby nie był on najinteligentniejszym, wybitnym umysłem w rodzinie, ale w szachach czarodziejów nie miał
sobie równych, a tu jednak trzeba nie lada inteligencji i sprytu. Czasami miałem wrażenie,
że z nim jest coś nie tak. Jakby jego wyniki w nauce wcale nie wynikały z tego,
że jest głupszy od Rose czy Lily (choć trzeba przyznać, że one nie należą do przeciętnych i trudno im dorównać), tylko ma jakiś problem, nie wiem, blokadę… Dużo się nad tym zastanawiałem, ale jakoś nie mogłem znaleźć rozwiązania.
            Po pół godzinie Lily nie wytrzymała i tez wyciągnęła jakąś książkę i zmogło ją dopiero
wtedy. Roxy z Lucy wpadły do nas na chwilkę, ale szybko wyszły bo zawołali je Scamander’owie – Lorcan i Lysander, synowie cioci Luny, po której moja siostra miała drugie imię, i która była jej chrzestną. Chrzestnym Jamesa jest wujek Ron, a moim wujek George,
choć wszyscy mówią, że powinno być odwrotnie, ale kto mógł to przewidzieć.
Jammie (nie cierpi, kiedy tak na niego mówię) urodził się jako pierwszy, a wujek Ron
jako najlepszy przyjaciel mojego taty automatycznie stał się chrzestnym jego pierwszego dziecka. Razem z ciocią Hermioną.  Lorcan i Lysander podobno trochę przypominali wujka Freda i George’a, ale nie mieli aż takich pomysłów. Z tego co słyszałem na ich temat przez wieki nikt ich nie doścignie. Ich i Huncwotów. Dwóch nowych kłopotliwych bliźniaków Hogwartu siedziało jakieś pięć przedziałów dalej i chyba zaprosili do siebie połowę pociągu.
Obaj byli w Ravenclow. Pewnie siedziała tez nimi Anna Alice Longbottom. Była z mojego rocznika, ale trafiła do Hufflepuffu. Siedzimy razem na zielarstwie od pięciu lat.
Miała odwagę Gryfonki, ale na jej charakter składało się zdecydowanie więcej cech
Puchonów. 
            W końcu nadeszła godzina 18:30 i mogliśmy zabrać się za przebieranie w szkolne mundurki. Rose odłożyła książkę, do której końca teraz zostało jej około pięćdziesięciu stron
i delikatnie obudziła Lily. Ja zająłem się Hugonem, który też drzemał od pół godziny i szczerze
mówiąc sam też już przysypiałem. Wszyscy zaczęli się przebierać, a pomruk narzekań na bolące tyłki i odrętwiałe kończyny sugerował, że nie tylko my spaliśmy i nie tylko nas
wszystko bolało. Na peronie byliśmy dziesięć minut za wcześnie, ale Hagrid już czekał
i nawoływał „pirszorocznych”. Dwa lata po II Wojnie o Hogwart ożenił się z Madame Maxim.
Nawet doczekali się potomka! Rok temu urodził im się chłopiec! Z tego co mi wiadomo
szczęśliwa mama (jakoś dziwnie mi to brzmi w połączeniu z Madame Maxim…)
i maluch obecnie przebywali we Francji. Zaczął się rok szkolny i na pewno w Beauxbaton
było sporo pracy. Praktycznie całe wakacje byli razem Wielkiej Brytanii, a teraz pewnie Hagrid będzie na weekendy wpadał do Francji. W zeszłym roku miał... urlop macierzyński.
Pewnie czuł się jak ryba w wodzie. Szczerze mówiąc nie wiem jak mają zamiar to teraz pogodzić. Oboje pracują. Może zatrudnią kogoś do pomocy.
Dzieciaki ustawiały się w pary i słuchały wszystkich wyjaśnień. Pewnie nawet jeszcze nie wiedzą, że to będzie jedno z najlepszych wspomnień w ich życiu, do którego będą być może
większy sentyment niż do jakiegokolwiek innego wspomnienia związanego z tą szkołą.
My jako starsi udaliśmy się w stronę powozów. Jedna dziewczyna z Hufflepuffu mówiła,
że widzi testrale i jest chyba jedynym takim uczniem w szkole. Ale nigdy nikomu się nie zwierzała czyją śmierć widziała. Część osób myślała, że chodzi o jej ojca, bo wychowywała
się bez niego, ale potem wyszło na jaw, że ojciec zostawił ją i matkę, gdy miała roczek,
więc nie mogło chodzić o niego. Niektórzy żartowali, że nie potrzebuje peleryny niewidki,
bo jakimś cudem się z nią urodziła. Nie są dokuczliwe żarty. Po prostu jest trochę nieśmiała
i faktycznie często gdy stoi na korytarzu po prostu nikt nie zwraca na nią uwagi, bo nikt
jej nie widzi. Nawet nauczyciele często pytają się gdzie się podziała podczas, gdy ona siedzi
w ławce na swoim miejscu, tam gdzie siedzi zawsze. Profesor Flitwick bardzo ją lubi
i uważa, jej „przypadek” za bardzo ciekawy. Kiedyś nawet podjął się tego badania,
ale chyba nie odkrył nic nadzwyczajnego. Ciekawe ile lekcji z nim będę miał w tym roku.
Byłoby świetnie jakby dali nam lekcje z nim zamiast eliksirów. Uczy nas ich stary zrzęda,
który wszystkiego się czepia i ciągle za coś na mnie krzyczy. A Rose tylko przewraca oczami
i z tym jej mądrym wyrazem twarzy pokazuje mi co mam robić.
Jak znam życie od razu jak dojedziemy do zamku wpadnę na pana profesora od siedmiu boleści i usłyszę, że ma nadzieję, że się cieszę, bo będziemy mieli bardzo dużo lekcji eliksirów  w tym roku i do tego będę miał zajęcia wyrównawcze. Mina będzie mówiła, że on nie cieszy się wcale, ale tak naprawdę będzie się cieszył jak dziecko, że może mnie więcej podręczyć. Może chociaż nowy gościu od OPCMu będzie spoko. Klątwa ciągle trwa. Z tego co słyszałem
przez te wszystkie lata był tylko jeden nauczyciel, który uczył dłużej niż rok – trzy lata – i był
nim pan Sparks. Był w porządku. Uczył mnie w moim pierwszym roku co było jego ostatnim tutaj. Potem przeszedł na emeryturę. Na peronie aż wrzało od plotek na temat tego,
kto ma być nowym nauczycielem. Rox mówiła, że Luc dowiedziała się od Ann,
która z kolei wie to od mamy, która rozmawiała z jej tatą (nauczycielem zielarstwa),
że ponoć ma być bardzo młody i niedawno wrócił zza granicy. Ale to chyba wszystko co o nim wiadomo i jest w miarę z pewnego źródła. Choć nie wiem czy plotka, która przeszła przez tyle ust może być prawdziwa. No cóż… Niedługo się okaże. 


sobota, 24 listopada 2012

Tak na początek


Hej! Pierwszy post dodam, gdy będę miała już szablon.
Mam nadzieję, że z tym blogiem uda mi się przetrwać dłużej. ^^